Kącik literacki.


Początek.


                Stary, zmęczony człowiek siedział na metalowym płocie w środku wsi. Przytrzymywał się dłońmi, nogi całą stopą dotykały ziemi. Był wyprostowany, zamyślony. Jego ubiór na nikim nie robił wrażenia. Bielona na rosie koszula, lekkie, lniane spodnie oraz drewniane buty wyróżniały i jednocześnie charakteryzowały  tego człowieka. Majestatyczny krzyż stojący kilka metrów za jego plecami, upiększony wielkanocnymi kwiatami nadawał temu miejscu wręcz metafizyczną powagę. Siedział nieruchomo, nie przekładał nogi na nogę, nie zmieniał pozycji, jedynie oczy poruszały się wraz z ruchem głowy. Upalny wiosenny poranek nie przeszkadzał mu.  Potrafił tak siedzieć całymi godzinami, cień rzucany przez dwie ogromne, wręcz majestatyczne lipy chroniły go przed rażącymi promieniami słońca. Lipy były stare, ale to nie były jego lipy  z jego czasów. Tamte dawno spróchniały i zostały zastąpione nowymi a te z kolei następnymi, tak jak chciała i pragnęła  przyroda.

Jego dłonie były bardzo pomarszczone, na wysokim czole było dużo starczych zmarszczek, ale jego żywe spojrzenie , upewniało każdego, że był mądrym i inteligentnym człowiekiem. Oczy z zaciekawieniem penetrowały wszystko co napotkały. Nie interesującego  nie uszło ich uwadze, każdą zauważoną zmianę natychmiast sam ze sobą komentował. W większości były to dobre myśli, cieszył się z zaobserwowanych zmian.

Wioska się zaludniała. Traciła w prawdzie starych mieszkańców, ale na ich miejsce przybywali wciąż nowi. Głównie młodzi ludzie z dziećmi, którzy marzyli o wiejskim spokoju.

Tak, czasy się zmieniły. Drzwi  nie stały otwarte na oścież, a spoza zamkniętych żaluzji wielu domów dobiegał metaliczny dźwięk wszechobecnej telewizji, zacierający przeszłość, wspomnienia i pamięć.  Jest inaczej niż za jego dni, ale to jest nadal jego wieś.

- Ale upał, w południe ma być prawie trzydzieści stopni i tak do końca tygodnia.

- Witam Panie Janie. No cóż , chyba trzeba się cieszyć i dziękować za taką pogodę. Ziemia wystarczająco wilgotna, w nocy jest ciepło, w dzień ogrzewa ją słońce, zapowiadają się dobre plony.

- Ma Pan rację doktorze. W ciągu tygodnia zboże urosło prawie o dziesięć centymetrów, krzaki ziemniaków zielone jakby były malowane. Moment i nastąpi wysyp truskawek.

- Tak, od wieków wiosna to najpiękniejsza pora roku. W pierwszych swoich tygodniach walczy jeszcze z zimą lecz potem rządzi sama. Z latem dobrze się dogaduje, mam wręcz wrażenie, że nie opuszcza nas, lecz ukradkiem doradza, pomaga, czasami nawet interweniuje.

- Co Pan mówi doktorze?

- A tak do siebie. Te dwie lipy, krzyż, spokój nastrajają mnie melancholijnie. Chciał rozwinąć tę myśl bardziej, ale wyczuł , że rozmówcy się spieszy.

- Do jutra doktorze, spieszę się.

Jeden z najstarszych mieszkańców wsi,  długimi krokami szybko oddalał się w kierunku swojego domu. Jego  pochylona głowa bacznie przyglądała się stawianym krokom. Kilka razy się zatrzymywał jakby chciał kogoś spotkać, komuś coś doradzić. Pana Jana znali wszyscy. Codziennie kilka razy pokonywał  wydeptane ścieżki. Odwiedzał swoje dzieci, przyjaciół, bardzo szybko się zaprzyjaźniał z nowymi mieszkańcami. Do emerytury dorabiał sobie pomagając przy wykańczaniu domów czy też pracach porządkowych wokół nich.
- No, już myślałam, że Pan mnie nie zauważy dzisiaj.
- Jakże bym mógł - najpiękniejszy z kwiatów. Patrzeć na ciebie to rozkosz dla oczu, umysłu i duszy. Powiedziałem Ci kiedyś, że wszystkie kwiaty są piękne jak róże, a ty jesteś różą róż.
- Ach dziękuję za takie słowa. Doktorze , niech mi Pan powie co to rośnie po drugiej stronie ogrodu, na skarpie?
- Wierzba płacząca. Rośnie sama ponieważ potrzebuje bardzo dużo wody.

- Dlaczego płacząca ?

- Dawno temu tak nazwał ją pewien poeta, ludziom się to spodobało i tak już zostało. Jej liście smutno zwisają w dół, są wspaniałym schronieniem dla ptaków.

- Wie Pan doktorze, że te obok kolorowe panienki to plotkują na mój temat. Zazdroszczą mi urody, ale ja się tym nie przejmuję.

- A ja myślę, że nie zazdroszczą lecz podziwiają ciebie. One też są piękne. One są codziennie w wazonach domów, ty od święta. Doktor chciał powiedzieć coś innego ale w porę ugryzł się w język. Wiedział, że jeżeli wejdzie w spór z królową kwiatów to spędzi tutaj cały dzień a chciał jak co dzień przejść i porozmawiać z mieszkańcami wioski.
- Chyba przyzwyczaiłam się do mojej sąsiadki, do tej dużej panny lipy. Jest wyniosła, dumna, nie rozmawiamy jeszcze ze sobą ale to niedługo nastąpi. Przyjemnie posłuchać szumu jej liści, a wieczorem cichego koncertu ptaków, które z chęcią przygarnęła.
                Doktor kątem oka zauważył, że wolnym krokiem od strony sklepu zbliża się pani Maria.  Idzie wzdłuż ogrodzeń mijanych domów. Drepcze po trawie, która rośnie między drogą a ogrodzeniem.  Z uwagą patrzy na wystające z ziemi łodygi warzyw, przypomina sobie nazwy kwitnących krzewów i kwiatów. Pokonywała tę drogę już tysiące razy, ale ciągle coś nowego przykuwa jej uwagę. A to inne niż zazwyczaj kolory znanych jej kwiatów lub tak jak to opowiadała wczoraj , ciekawe ich kompozycje. Zawsze kwituje to jednym zdaniem – czego to ludzie nie wymyślą.

- Dzień dobry doktorze.

- Dzień dobry pani Mario. Cóż to dobrego pani niesie ze sobą ?.

- To co zazwyczaj. Chleb, ser, wodę. W takie upały niczego innego nie chce się jeść. Warzywa już mamy swoje. Te podstawowe oczywiście, na buraki, cebulę, groch trzeba jeszcze poczekać.

-- Widziałem rano pani ogród. Jest bardzo zadbany, poświęca mu pani dużo czasu.

- Och, sprawia mi to wielką przyjemność. Praca męcząca ale bardzo przyjemna. Plewię, spulchniam ziemię, listki ogórków jeszcze niestety nic nie skrywają.

- O, listonosz przyjechał.

- Jest coś do nas ?

- Są dwa polecone oba z gminy pani Mario. Listonosz wyciągnął pismo urzędowe do podpisu i z długopisem w dłoni prawie podbiegł do nich.

- Znów rachunki.  Koniec miesiąca, urzędy upominają się o swoje należności.

- Pani Mario, wszyscy dzisiaj dostają takie listy. Pani przynajmniej je osobiście odbiera, ale w większości domów muszę zostawiać awiza.  Trochę to uciążliwe podjeżdżać tak do każdego.

-   A dla Pana doktorze znów nic nie ma.

- Nie szkodzi. Ja  już dostałem dosyć listów w swoim życiu. Nie wiedziano co to telefon, wszystko trzeba było napisać. Listy z okazji świąt, uroczystości rodzinnych, od przyjaciół. Ale nie zatrzymuję państwa, pan musi jechać dalej, może ktoś z niepokojem czeka na ważną wiadomość, a pani zapewne zaraz zacznie przygotowywać obiad.

- Dzisiaj poniedziałek, to pracy przy  obiedzie bardzo mało. Podgrzać , dorobić makaronu, nakryć stół.

- Powodzenia doktorze, miłego dnia, do jutra.

- Miłego dnia.

Zawsze o tej samej porze. Pani Maria z torbą z zakupami i listonosz. Dzisiaj nie towarzyszyły jej wnuki, ale widziałem w jej oczach, że tęskno jej do nich. W kilka chwil przygotuje obiad a potem znów wyjdzie przed dom. Zawsze znajdzie sobie coś do zrobienia. Dom duży, rodzina liczna to i pracy dużo.

- No, już myślałam, że nie odejdą. Codziennie o tym samym pan z nimi rozmawia. Nie nudzi to pana ?

- Nie, bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, owszem – najciekawsze są odkrywcze, nowe tematy, ale sprawy codzienne są również interesujące.

- Doktorze, niech mi pan powie, ile jest bocianów w gnieździe ?

- Dwa dorosłe, chyba jeszcze nie ma małych. Ale myślę, że w niedługim czasie doczekamy się ich potomstwa. Ciągle uszczelniają gniazdo, znoszą gałązki, suche liście. Szykują się na ten szczęśliwy dla nich moment. Dla nas zresztą też.

- Muszą mieć z tego gniazda wspaniały widok. Widzą kto wraca do domu, kto pracuje, a kto się leni lub wypoczywa.

- Zapewne tak, ale przede wszystkim widzą cała wieś i okolicę tonącą w zieleni i kwiatach.

- Był pan dzisiaj na tym wspólnym placu ?

- Jeszcze nie, ale wybieram się tam. Jest coraz piękniejszy.

- Ale niewiele osób o niego dba.

- Owszem, i nie można tego wytłumaczyć tylko brakiem czasu, ale jestem pewien, że to się zmieni. Zawsze tak było, że zmiany na dobre zachodzą powoli, ale jeżeli już rozpocznie się ten proces to nie sposób go zatrzymać.

Czy do końca był przekonany o tym co mówił ?

 Zdawał sobie sprawę z tego, że dla każdego najważniejszy jest  własny kąt. Domowe ciepło zawsze wygrywa z pracą na rzecz wspólnego. Ale przecież miło się mieszka gdy przed własną furtką jest pięknie a za nią również przyjemnie. Droga, oświetlenie, chodnik, ruiny. Tak, to są ważne sprawy, ale sami mieszkańcy nic w tych sprawach niewiele mogą  zdziałać. To co mogą ?  Pomóc dzieciom – udało się, wielu mieszkańców z ochotą się zaangażowało, radość była po obu stronach. Trzydzieścioro dzieci z radością  trzymało w swoich rączkach wspaniałe paczki. Pięknie, ale tych dzieci mogło być i sto.

Kolejna grupa  dzieciaków będzie się bawić  na najbliższym festynie dziecięcym. Oby tylko pogoda dopisała. Zapowiada się wspaniale. Wspólne zabawy z rówieśnikami pod okiem dorosłych wróżą niezłe popołudnie.

Indianie będą zdobywać imiona, a po przejściu wielu prób zyskają prawo do dłoni na ścianie prawdziwych wojowników. Starszyzna będzie sprawować opiekę nad dziećmi, a przy okazji będzie okazja do spotkania z sąsiadami w wiacie. Jeszcze trzeba będzie przynieść stoły i krzesła, ale miejmy nadzieję, że na przyszłe spotkanie będzie już można skorzystać z nowych mebli.

Jak zawsze i wszędzie  ludzie dzielą się na niechętnych, sceptyków oraz tych którzy chcą działać. W tej mojej wsi jest silna grupa, która nie czeka aż coś spadnie z nieba tylko zakasuje rękawy i robi to co można, aby poprawić otaczającą rzeczywistość.  

Doktor wybiera się na ten piknik. Nigdy nie opuszczał takich uroczystości. Uwielbia rozmowy, spotkania z ludźmi. Teraz gdy ma bardzo dużo wolnego czasu jest to łatwe, ale na sąsiedzkie spotkania znajdował czas  również dawniej.

 Zbyszek


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz